wtorek, 1 września 2015

Witaj szkoło!



Szkoła zabija kreatywność i nie pozwala wyrażać siebie – to wiadomo od dawna. Zaraz po rozpoczęciu wakacji jak ¾ nastolatek pofarbowałam sobie włosy na różowo/fioletowy odcień szamponetką, która miała zmyć się po 8 myciach. Oczywiście po dwóch miesiącach wciąż widać różowe refleksy na już krótszych o 12cm włosach i mogę przysiąc, że prawie nikt z moich znajomych tego nie zauważył. Ale zauważyła moja wychowawczyni, która na ROZPOCZĘCIU ROKU groziła mi punktami ujemnymi na ŚWIADECTWIE. I teraz pytanie – co mam z tym zrobić? Jeśli teraz przefarbuję się na mój naturalny kolor, wciąż będzie to „farbowanie włosów” wyraźnie zabronione w regulaminie, więc jedyna dopuszczalna opcja to zgolenie się na łyso, ale nawet nie chcę o tym myśleć. Oprócz tego statut naszej szkoły jest pełny zastrzeżeń co do wyglądu – paznokcie i twarz nie mogą być pomalowane, koszulki muszą zakrywać ramiona i sięgać do bioder, spódniczki i sukienki maksymalnie 5cm przed kolano i inne tego typu ciekawe rzeczy. Proponuję w ogóle wsadzić nas wszystkich w długie, szerokie spodnie koloru khaki, granatowe koszulki polo, białe tenisówki z jasną podeszwą i oczywiście wprowadzić obowiązek spinania włosów w niski kucyk u dziewczyn. Być może przesadzam w drugą stronę, ale nic nie jest złe gdy zna się umiar. Bo przecież każda dziewczyna uwielbia chodzić do szkoły z dużym pryszczem na czole, który oprócz wypukłości razi swoim naturalnie czerwonym kolorem, a te z nas które mają naturalnie jasny kolor włosów świetnie czują się z brakiem widocznych brwi.
               Czuję się jak przegrana zmywając moje miętowe paznokcie (przez całe wakacje nosiłam czarne, a miętowy wydał mi się odpowiedniejszym kolorem do szkoły) i malując je na bezbarwny. Mimo obietnic złożonych samej sobie o byciu dobrą uczennicą, miałam ochotę dzisiaj wyjść z klasy prosto do fryzjera i pofarbować włosy na zielono. Aktualnie wszystko mi jedno czy na kartce papieru na koniec roku znajdzie się czerwona kreska i cyferki w kształcie 5 i 6 czy też 3 i 2. Nie rozumiem w jaki sposób inny kolor moich włosów miałby przeszkadzać w kulturze i nauce. Oczywiście moja wychowawczyni też nie potrafiła mi tego wyjaśnić, za to jedną z pierwszych rzeczy których się dowiedziała to to, że nowy nauczyciel Hiszpańskiego jest przystojny.
               Dzisiaj do sali weszła nauczycielka od polskiego i wstała tylko jedna osoba, jedna osoba w czerwonych włosach, miętowych paznokciach i z tuszem na rzęsach, a wszyscy grzeczni uczniowie w swoim naturalnym kolorze pozostali na krzesłach nie racząc podnieść nawet trochę tyłka znad siedzenia żeby się przywitać.
               Prawdopodobnie brzmię teraz jak gimbusiara z bólem dupy, ale przypominam, że jestem właśnie w gimnazjum a aktualny stan mogę bez problemu nazwać bólem dupy.

1 komentarz:

  1. Teź nie rozumiem dlaczego wprowadzają tyle ograniczeń. Jakby komuś przeszkadzały kolorowe paznokcie, bo to przecież takie złe!
    Rozumiem np. że w szkole nie powinno się chodzić w crop-topach, albo w spodenkach do półdupy... Można mieć bluzkę na ramiączkach i wyglądać schludnie, ale oczywiście odsłonięte ramiona to grzech i zło, nawet przy temperaturze 30C, bo w szkołach jest tak "chłodno" latem :)

    OdpowiedzUsuń